
— Wszyscy trzęsą się ze strachu przed ruskimi atomówkami, a jeden wóz pełen głupich dzieciaków palących papierosy może równie dobrze załatwić całą sprawę.
— Ależ to nie były papierosy, Mike — powiedział kontroler. — Nie?
A co, podpalenie?
— Nie słyszałeś?
— Przez ostatnie trzy dni byłem w Nowym Meksyku. — Więc tylko ty jeden nic nie wiesz.
— Na miłość Boską, o czym nie wiem?
— O Kosmitach — powiedział kontroler ze znużeniem. — To oni zaprószyli ogień. Trzy starki kosmiczne lądujące o szóstej nad ranem w trzech różnych krańcach kotliny Los Angeles. Wyschła trawa zajęła się od żaru z ich silników.
Carmichael nie uśmiechnął się. — Chłopie, masz dziwaczne poczucie humoru.
— Ja nie żartuję — odparł kontroler.
— Statki kosmiczne? Z innej planety?
— Ze stworami wysokości piętnastu stóp na pokładzie — powiedział kontroler przy sąsiednim komputerze. — Właśnie teraz spacerują sobie po autostradach. Mają po piętnaście stóp wzrostu, Mike.
— Z Marsa?
— Nikt nie wie, skąd, do diabła, przylecieli.
— Chryste Panie — jęknął Carmichael.
Gdy wzniósł się do góry, ciąg powietrza od buchającego ognia szarpnął samolotem i na chwilę Carmichael znalazł się w opałach. Ale odzyskał panowanie nad sterami działając spokojnie i automatycznie. Wierzył, że najważniejsze to posiąść instynktowne czucie w palcach, ramionach i udach, a niekoniecznie w świadomych partiach mózgu. Świadomość może cię zaprowadzić daleko, ale w końcu trzeba działać instynktownie lub zginąć.
Czuł, jak samolot reaguje, i zdobył się na uśmiech. DC-3 to stare, twarde sztuki. Uwielbiał na nich latać, choć nawet najmłodsze z nich wyprodukowano przed jego urodzeniem. Uwielbiał latać na czymkolwiek. Nie dla zarobku, teraz nic nie robił dla zarobku, już nie musiał — ale latał. Miesiącami spędzał więcej czasu w powietrzu niż na ziemi albo też tak mu się wydawało, bo godziny na dole często przemykały nie zauważone, a czas w powietrzu był bardziej intensywny, wydłużał się.
